Anthony Horowitz – Moriarty

 

250182_moriarty_569

Dramatyczne wydarzenia nad wodospadem Reichenbach sprawiają, że nasza wiara w Sherlocka Holmesa, genialnego detektywa, jednak słabnie. Dać się tak zaskoczyć Moriartemu? On, mistrz dedukcji, zawsze o krok przewidujący poczynania przestępców, ulega geniuszowi zła, może więc Holmes nie był tak doskonały jak o nim mówiono i popełniał ludzkie błędy, bo uwierzył w swoją nieomylność. Trochę smutno i przykro, i oczywiście wielki żal po stracie sympatycznego śledczego. Tak wita nas początek lektury kolejnego tomu przygód Holmesa w nowej odsłonie autorskiej Horowitza. Szacunek dla twórcy postaci znakomitego detektywa Artur Conan Doyla sprawia, że z dużą ostrożnością podchodzimy do kontynuatorów opowieści o Holmesie zdając sobie sprawę, że będą oni tylko naśladowcami, a pytanie, który musi paść brzmi: czy kreatywnymi  czy rozczarowującymi. Nie jest to przecież odosobniony przypadek, że wiele lat po śmierci autora stworzony przez niego bohater fascynując kolejne pokolenia domaga się twórczej kontynuacji i zmartwychwstania. Jedynym możliwym i akceptowalnym jego ponownym pojawieniem sie  jest wkomponowania go w jego prawdziwe realia i osadzenie akcji jego przygód w miejscu i czasie, z którego pochodzi. A ponieważ fani są zawsze świetnie zorientowani w szczegółach wszystkich wydarzeń z życia ich bohatera, jest sztuką nie lada takie wejście, żeby nie zakłócić głównego toku narracji i wciąć się w ewentualne momenty nie zagospodarowane przez autora lub pominięte z jakichś przyczyn. Horowitz więc wygrywa już na starcie. Moment rozgrywki Holmesa z Moriartym kończy się zniknięciem ich obydwu. Wątpliwości i niepokoje, co się z nimi stało, nie ujęte w dziennikarsko-kronikarskim zapisie doktora Watsona pozwalają na szereg domniemań i puszczenia wodzy wyobraźni, co jest doskonałym pretekstem do zainspirowania wydarzeń, które mogły się wtedy zdarzyć. Tym bardziej, że spotkanie dwóch przeciwników wzajemnie się zwalczających ale i szanujących swój intelekt, zachęca do wysnucia wielu nieprawdopodobnych teorii, co też z takiego spotkania mogło wyniknąć. A potem już mamy tylko wodospad, i to nie tylko w metaforycznym znaczeniu. To, co będzie sie działo dalej uderza w nas z siłą wodospadu. Zwroty akcji i tempo wydarzeń zaskakują i wprawiają w czytelnicze podniecenie. Jak to się skończy? Czy nowi, może mniej  doskonali niż pierwowzory, do których cały czas dążą, i na których się wzorują, bohaterowie, będą w stanie pokonać niebezpieczeństwa jakie mogą grozić Anglii nieświadomej tego, że oto rozpoczęła się mordercza walka o wpływy w gangsterskim przestępczym świecie pomiędzy starym lądem a Ameryką, a jej stawką jest brak kontroli nad gangami i totalny chaos i utrata bezpieczeństwa przeciętnych obywateli. Choć w książce Holmes nie pojawia się ani razu, jego duch czuwa nad wszystkim, co się tam dzieje. Poznajemy, a w zasadzie przypominamy sobie, choć tym razem rozłożone na części pierwsze metody jego pracy stosowane przez wiernego naśladowcę inspektora Jonsa, który w Holmesie widzi mistrza i artystę. Wracają też i uzyskują nowe życie inni bohaterowi, którzy w książkach Doyla pełnili tylko role tła, a tu dostają  nowe życie i poświecony im czas pozwala lepiej poznać motywy ich postępowania i dokonywane wybory. To niesamowicie ubogaca cały obraz, który staje się zamkniętą księgą, w której niczego nie może zabraknąć, bo tylko wtedy jest ona pełna i kompletna. A dokonywana przez prowadzącego nas za rękę detektywa Chasa analiza wydarzeń, czyniona subtelnie i dyskretnie, bez zdradzania wszystkich asów w rękawie, sprawia, że czujemy się uczestnikami wydarzeń w pełni zaangażowanymi w akcję. Nic nam nie zostaje oszczędzone, nic nie zostaje przed nami schowane i ukryte, choć jak sie okazuje ulegamy iluzji i manipulacji, omamieniu, ze to, co widzimy jest prawdą, a w rzeczywistości złudzeniem i  ma swoje drugie dno. I dlatego też docieramy do końca tej przygody totalnie zaskoczeni i zadziwieni, że jak to, przecież już dawno o powinniśmy się domyśleć, że to wszystko było oszustwem i kłamstwem, a my daliśmy sie wodzić za nos i wprowadzić w błąd. I na tym polega też ogromna wartość tej lektury. Mimo pozorów nic nie jest takie jakie się wydaje i patrząc na coś musimy zdawać siebie sprawę, że istnieje inna odpowiedź niż ta, którą tak łatwo chcielibyśmy przyjąć, bo wydaje sie tak oczywista. Dlatego koniec głęboko wgniata nas w fotel – co za niespodzianka.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Christopher Paolini – Brisingr

Christopher-Paolini---Brisingr 160411,1

 

Prawdziwy wojownik musi mieć miecz, świadczy on nie tylko o tym, że jest mężczyzną i umie się posługiwać tym narzędziem walki, ale że jest zawsze do niej przygotowany i można nie niego liczyć w potrzebie, bo stanie w obronie, nie ucieknie, będzie mężnie walczył z przeciwnikiem. Musi to być miecz, który nie tylko dobrze leży w dłoni, bo jest idealnie dopasowany, ale pomiędzy nimi musi być łącząca ich nić porozumienia, iskra, która sprawia, że wojownik i miecz to jedność, i kiedy wojownik walczy mieczem miecz jest jego integralną częścią i wypełnia wszystkie jego polecenia, słucha się go. Dlatego miecz musi być zrobiony z takiej materii, która nie podda się łatwo, nie złamie, nie ulegnie zniszczeniu, będzie twarda i trwała, wytrzymała i silna. Stworzenie takiego miecza jest więc zadaniem bardzo wymagającym, nie każdy może się go podjąć, a poza tym w świecie Eragona miecz musi być stworzony według określonego rytuału i nasączony całą ilością specyficznych, chroniących go zaklęć i magią, która da mu potrzebną moc. Każdy miecz musi mieć też swoje imię, imię odgrywa zresztą ogromną rolę. Nazwanie kogoś po imieniu, tym jego najprawdziwszym, ukrytym, zasłoniętym przed innymi,  jest bowiem oznaką, że oto ktoś ma nad nami władzę, bo zna nasz najtajniejszy sekret. Jednocześnie miecz jest bardzo związany ze swoim właścicielem, rozumie go, czuje, w pełni z nim współgra, co podczas walki jest gwarancją, że nie zawiedzie. Miecz Eragona też otrzymuje swoje imię, które w pradawnej mowie oznacza ogień. I kiedy zostaje ono wypowiedziane miecz rozbłyska światłem i płonie a wtedy jego siła rażenia jest ogromna. Zbliża sie nieuchronna rozgrywka z Galbatorixem, wielkie przygotowania do wojny wiążą się jednak z wielką pracą. Sojusz ras jest zagrożony. Wybuchają zamieszki wśród urgali, żeby ich poskromić Roran musi stoczyć bój z ich przywódca, by udowodnić, że jest silniejszy i należy mu się posłuszeństwo. Nowa królowa Vardenów musi poddać się próbie ran, by pokazać, że jest niezłomna, gotowa na wszystko i jest odważną przywódczynią. Krasnoludy muszą wybrać swego nowego króla a ich wewnętrzne rozgrywki powodują niepokój, w czyje ręce trafi korona, czy to będzie sojusznik ludzi w wojnie czy ktoś kto się od sojuszu odetnie. Mediatorem staje się w tym sporze Eragon wspomagając w osiągnięciu władzy swego przyjaciela  i obiecując mu wsparcie i posłuszeństwo. Zresztą to nie jedyny układ, który musi zawrzeć, by doprowadzić do jedności i pokoju wśród sojuszników. Przed Eragonem stanie wiele wyzwań. Bedzie musiał dokonać trudnych wyborów, skłamać i nie ujawnić prawdy, by osiągnąć cel, do którego zmierza. Wraca z Safirą do Ellesmery, siedziby elfów, by tam dokończyć swoją edukację i poznać prawdziwą historię o swoim pochodzeniu. Odkrywa prawdę o swym ojcu, matce i staje się powiernikiem serca serc smoka. Szybko staje sie dorosłym, który wie, że lata dzieciństwa odeszły już bezpowrotnie. Każde nowe doświadczenie, mimo, że trudne, często bolesne, jest jednak dla niego impulsem, by stawać się coraz silniejszym i nie poddawać się smutkowi czy rozpaczy. Wie, że to uczucia, które oznaczają nie tylko słabość ale odbierają nadzieję, a tej, ani jemu nie może zabraknąć, ani tym bardziej tym, którym ma służyć i opiekować się. Ten przyspieszony kurs dorastania zmienia go wewnętrznie. To kolejne spotkanie z Eragonem jest jak zawsze dla Autora okazją do wielu moralizatorskich uwag, które jednak nie są formą napuszonych i patetycznych frazesów, ale głębokim apelem, wezwaniem do wiary, optymizmu i życia marzeniami, które się spełniają, o ile bardzo tego chcemy i nie poprzestajemy tylko na marudzeniu, że nie da sie, tylko angażujemy się w ich realizacje. Galbatorix jest ciągle daleko, ale jego żołnierze docierają już do zgromadzonej armii, atakują i są prawie niepokonani, bo pozbawieni możliwości odczuwania bólu nie poddają się aż zginą, zabijając nie mających magicznej osłony ludzi. Nasz bohater wie, że zwycięstwo nie będzie łatwe, a zanim ono nastąpi po drodze zginie wielu. To tragiczna ofiara, którą trzeba złożyć, by uwolnić się od znienawidzonego władcy, który zabił tak wiele smoków i ich jeźdźców i zniewolił tyle ras. Eragon jest gotowy do walki, ma miecz, ma potrzebną wiedzę magiczną i umiejętności, ma odwagę i siłę, by obronić swoich najbliższych i ma nadzieję, że zwycięży.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Christopher Paolini – Najstarszy

najstarszy-tom-2-b-iext34568135

 

Magia nie jest czymś wrodzonym, raz na zawsze danym. Magii, tak jak każdej innej czynności życiowej trzeba się uczyć, i jest to nauka długotrwała i trudna, sprzężona z nabyciem innych umiejętności. Nie można jej także zrozumieć jeśli się nie uchwyci wszystkich związanych z nią kontekstów, istotnym jest dotarcie do jej źródeł, poznanie historii, rytuałów i wielu znaków, którymi później trzeba właściwie się posługiwać, bo jeden błąd, jedno źle wypowiedziane zaklęcie może skutkować poważnymi konsekwencjami, bo magia to nie zabawa, to dar, którym żeby dobrze władać trzeba go ćwiczyć i cały czas nad nim pracować.  Nasi bohaterowie Eragon i jego smoczyca Safira mają już za sobą pierwsze bardzo ważne doświadczenie bitewne. Eragon otrzymuje nowy tytuł Cieniobójca, który wyraża nie tylko uznanie za dokonany przez niego czyn, jakim było pokonanie Durzy, niezwykle niebezpiecznego wojownika, ale jest też ostrzeżeniem dla jego przeciwników, że posiada już odpowiednią wiedzę i umiejętności, by pokonać kogoś, kto do tej pory uchodził za niepokonanego i groźnego – Galbatorixa. Mimo tych sukcesów i ogromnego splendoru, który stał się jego udziałem pozostaje skromnym chłopcem, świadomym wielkości zadań, które zostały przed nim postawione. Po szkoleniu w siedzibie elfów jego więź mentalna z Safirą staje się jeszcze większa, a on sam przyjmuje zmienioną postać stając się smoczym jeźdźcem. Do Vardenów dociera też kuzyn Eragona Roran. Mimo, że nie znał on tajemnicy Eragona i oskarżał go o spowodowanie śmierci swego ojca, kiedy poznaje całą prawdę o nim,  wybacza  mu i postanawia wspólnie walczyć przeciw Galbatorixowi, i odnaleźć porwaną przez Razaców, sługi Czarnego Jeźdźca,  Katrinę, swoją narzeczoną. I choćby się mogło wydawać, że historia ta jest jedną z wielu jakie już kiedyś mieliśmy okazję usłyszeć, to rozłożone w niej akcenty układają się całkiem inaczej. Świat Eragona jest światem, w którym żyją różne ludy: ludzie, elfy, krasnoludy i urgale. Każda z ras nosi w sobie zadawnione urazy względem pozostałych. Mimo, że żadna też jest nie bez winy. To, co próbuje przemycać Autor w swej opowieści to wielka lekcja otwartości i tolerancji względem inności, którą muszą odrobić dziś wszyscy, zwłaszcza kiedy na co dzień wielokulturowość jest naszym udziałem. Nie wystarczy tylko uznać faktu, że są inni, żeby z nimi współegzystować, trzeba ich zrozumieć i poznać, nie można przyjąć założenia, że mnie nie interesują, bo tu nie chodzi o ciekawość, ale o znajomość otaczających mnie postaci i świata, który przynoszą. Wszelkie konflikty, nieporozumienia i złości wynikają z tego, że każda ze stron pamięta uczynione zło, przechowuje je, karmiąc się nim, a nie szuka dróg porozumienia i nie dąży do wyjaśnienia dlaczego tak się stało. To, co jest też niezwykle trudne, to pokora i przyznanie, że wina nie leży tylko po drugiej stronie, ale także może być i po mojej, że to ja czegoś nie dopełniłem, źle zrozumiałem, przeinaczyłem, i pełen niechęci i  stereotypów zrobiłem coś w gniewie i złości, z krzywdą dla kogoś. Kiedy miedzy rasami musi dojść do sojuszu na jaw wychodzą wszelkie animozje i pielęgnowane przez lata rany, które aby uleczyć trzeba przebaczyć i próbować zapomnieć, nawet jeśli bardzo bolą, bo inaczej nie będzie szans na porozumienie i wcześniej czy później stare błędy odżyją na nowo. Eragon staje przed niełatwym zadaniem, nie tylko musi walczyć z wrogiem zewnętrznym, musi też pokonać o wiele groźniejszego wroga wewnętrznego jakim jest nieufność swoich współpracowników. Sam jest jeszcze młodym, nieopierzonym i niedoświadczonym człowiekiem, to, co musi zrobić często przekracza jego możliwości, ale pracuje nad tym i nie waha się podejmować ryzyka, które ma służyć wspólnej sprawie, wiedząc, że tylko tak osiągnie sukces. Barwna opowieść o jego przygodach połączona z głębokim przesłaniem jest doskonałą lekturą dla młodego odbiorcy, który szuka dobrych wzorów i autorytetów w takiej ludzkiej, zwyczajnej postaci, gdzie bohater odczuwa te same lęki i staje przed takimi samymi wyzwaniami jakie są udziałem czytelników. To nadaje mu autentyzmu i wzbudza sympatię. A takich bohaterów bardzo potrzebujemy.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Wolontariat

https://web.facebook.com/centrumwolontariatu/photos/a.128423857170971.23714.114334455246578/1363123677034310/?type=3&theater
13932847_1363123677034310_6261338702668227814_n

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Wiesław Michnikowski – Tani drań

 

Michnikowski 001

 

Genialny i zabawny, fascynujący i inteligentny, z ogromnym poczuciem humoru i taktem, dżentelmen w każdym calu. Takimi epitetami, a to tylko nieliczne, można by jeszcze dłużej obdarzać bohatera niniejszego wywiadu, jedynego w swoim rodzaju Wiesława Michnikowskiego. Jestem zdecydowany jednoznacznie uznać, że  bez wątpienia jest Michnikowski ikoną polskiego kabaretu i mistrzem sceny, choć niezwykle skromnym i zdystansowanym, dalekim od wszelkich blichtrów, bo bardzo świadomym tego, że aktorstwo to sztuka a nie tylko zawód, który się uprawia dla pieniędzy. To powołanie, które się wybiera i za nim podąża, nawet jeśli nie przynosi ono profitów czy sławy, tylko wymaga nieustannych ćwiczeń i ciężkiej pracy.  To oczywiście bardzo mocno kontrastuje z dzisiejszym, współczesnym rozumieniem roli aktora, i o tym Michnikowski dobrze wie, zachowuje jednak klasę i dyplomatycznie nie pozwala sobie na krytykę żadnego ze swoich kolegów ani  rówieśników, ani tym bardziej tej młodszej grupy, bo uważa, że nie jest do takiej roli predysponowany, a poza tym dziś obowiązują inne standardy. Takie podejście wymaga uznania i szacunku, bo świadczy nie tylko o dobrym wychowaniu i kulturze, ale również odsłania nam osobowość i charakter aktora, który ma ogromną samoświadomość swych niedoskonałości i braków, i dystans do tego, co aktorsko stworzył, i w poczuciu odpowiedzialności za to, czym jest aktorstwo nie pozwala sobie na żadne prztyczki czy krytyczne uwagi, uważając, że każdy ma swoją ścieżkę, swoją drogę rozwoju, i jeśli tylko chce nią kroczyć i cały czas poszerza i rozbudowuje swój warsztat to należy to docenić i dopingować a nie krytykować. Do sławy też zresztą podchodzi z ostrożnością, bo jak sam mógł się przekonać na własnej skórze, w swojej aktorskiej karierze wielokrotnie spotkał się z jej humorami i kaprysami, często negatywną i niesprawiedliwą reakcją. Prostowanie oczywistych  nieprawd, jak wie z doświadczenia, nie wchodzi w  ogóle w grę, bo jest zaproszeniem do dalszej wymiany poglądów a te skutkują tylko jeszcze większym zamieszaniem i niepokojem, a nic nie wyjaśniają. Sława to blaski i cienie zawodu aktora. Barwne i długie życie aktora 92-letniego staruszka obfitowało w wiele doświadczeń. Dzięki świetnie opracowanej chronologii możemy prześledzić wszystkie zawodowe sukcesy aktora, zapoznać się z jego wszechstronnymi rolami filmowymi, teatralnymi, i co istotne w jego przypadku, z kabaretowymi. Bo któż z nas nie kojarzy słynnego dialogu z Edwardem Dziewońskim „Sęk”, który wszedł na stałe do kanonu polskich skeczy, a którego kulisy i liczne, jak się okazało przygody, zdradza nam Michnikowski w swojej opowieści. Te właśnie niuanse, owe barwne szczegóły, nadają tej biografii moc, bo tylko taka prezentacja postaci odziera ja z nimbu, w który został ubrany i odsłania nam człowieka z krwi i kości, którego życie nabiera ludzkiego wymiaru, pozwala na odbrązowienie. Każda z przywołanych anegdot czy historii jest takim cennym kamyczkiem do ogródka pana Wiesława. A ponieważ jest człowiekiem, który jest niesamowitym gawędziarzem, który może snuć swoje opowieści bez końca, otrzymujemy portret człowieka, którego droga na szczyty aktorskiej kariery okupiona była wytrwałą i systematyczną pracą, uwarunkowaną doświadczeniem wojennym i zmaganiem się z codziennością, ale przyjmowaną zawsze z pogodą ducha i uporem, który przynosił zwycięstwo. Takim  też jest aktorem, profesjonalnym i odpowiedzialnym, starannie wybierającym role i przygotowującym się do nich z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem, bo chce, i to było jego życiowe  motto, być tym, który kreując postać i nadając jej swoją interpretację, chce z niej wydobyć prawdę o niej, i tę prawdę zawsze widzowi przekazać. Tylko wtedy jest to sztuka, a nie tylko rzemiosło. Takim go też zawsze widziałem.  Od zasłuchania się śpiewanymi przez niego piosenkami z Kabaretu Starszych Panów od Addio pomidory poprzez  Tanie dranie czy Już kąpiesz się  nie dla mnie. Poprzez rewelacyjne role filmowe z najbardziej rozpoznawalną czyli Ekscelencją z Seksmisji, ale także poprzez liczne role teatralne pokazujące maestrie i wirtuozerie jego aktorskich możliwości. Konwencja wywiadu jest idealna do takiej formy spotkania z żyjącym artystą. Ubogacona zdjęciami z domowych albumów staje się opowieścią, która pozwala choć na chwilę wniknąć nam do świata naszego mistrza. A jest to rozmowa też inna, bo pytającym jest syn aktora, może zapytać o wiele kwestii bez lęku, więc i pytania często są bardzo osobiste i wiele informacji z życia prywatnego w tym rodzinnym ping pongu zostaje ujawnionych, co sprawia, że lektura jest bardziej prawdziwa i autentyczna, a obraz który wyłania sie z niej pokazuje nam niezwykle ciepłego, fascynującego człowieka, który  puszcza do nas oko i z wdziękiem uśmiecha się do nas czekających na jego kolejną genialną interpretację.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Michał Witkowski – Copyright

56ba72637b14f

Świat, który minął i odszedł w niepamięć, świat, do którego nie mamy ochoty wracać, choć sentyment za nim jest w nas ciągle żywy. Witkowski wie, że możemy się zarzekać, marudzić, głośno krytykować, jak to źle było za czasów komuny, jak niczego nie było w sklepach, za wszystkim sie stało w długich kolejkach, ludzie byli nijacy, szarzy, smutni, przygaszeni, a jednak to był dla ogromnej rzeszy ludzi ich radosny czas dzieciństwa i młodości, który był beztroski i pełen niezapomnianych wrażeń, i wcale nie kojarzył się z czymś, co dziś tak łatwo jest potępić czy odrzucić. Przywracanie pamięci o przeszłości nie może być wybiórcze, nie może dokonywać się tylko tam, gdzie chodzi o prawdę historyczną, ale musi również obejmować tę zwykłą, normalną rzeczywistość, wspomnienia, które nie niosą ze sobą wielkich martyrologicznych dokonań  i pełnych szacunku patriotycznych postaw, oporu wobec władzy depczącej człowieka. Przeciętny Kowalski był bardzo daleki od tego wszystkiego. On nie podejmował głębokiej refleksji nad wielkimi problemami, nie tylko świata, ale i ojczyzny, on skupiał się na pracy, na rodzinie, na obowiązkach, które były sednem jego życia. Czy był przez to gorszy? Pewnie, że nie, choć dzisiaj może usłyszeć, że to inni, by jemu i jego dzieciom żyło się lepiej, wywalczyli to wszystko, a on nawet jednym gestem do tego się nie przyczynił. Kiedy był dzieckiem nie interesowało go nic poza tym, żeby miał kolegów i mógł z nimi chodzić i grać w kapsle, posiedzieć na trzepaku, założyć klub, podwórkowy gang, szukać skarbów, angażować się w różne akcje społeczne. Szkoła, nauka były istotnymi i jedynymi zadaniami, którym poświęcał swój czas i energię, cieszyło go chodzenie tam, bo to było miejsce spędzania czasu i  towarzyskich spotkań. Zdobycie gumy balonowej czy banana było osiągnięciem na miarę odkrycia Ameryki, ale dawało ogromną satysfakcję i powód do dumy wśród kolegów i znajomych i miało swój nieodparty urok. Polityczny wymiar był mimo swego ogromnego przecież wpływu nieobecny.

Dla Autora te migawki z przeszłości, obecne w tych kilku opowiadaniach, mają także wartość emocjonalną, to nie tylko wspomnienia z dzieciństwa i okresu dorastania, to także zapisane karty osobowości, każde z tych zdarzeń wycisnęło swoje piętno na postawach i późniejszych zachowaniach i wyborach, tak jest przecież z każdym z nas. Nie ma neutralnych bodźców, to oznacza, że każdy bodziec, który nas dotyka, zostawia swój trwały ślad, nie wiemy wprawdzie, czy zareagujemy na niego od razu, czy w ogóle uświadomimy sobie jego wpływ, czasem trzeba wielu lat, by coś odezwało się w nas, i wtedy nagle coś się w nas dzieje, co nas zaskakuje, czasem przeraża, a co psychologowie określają jako odbicie. Odzywa się w nas a my szukając źródeł odkrywamy, że może mieć on swe korzenie w odległym  dla nas czasie, w dalekich dla psychiki obrazach. Ja sam noszę takie wspomnienia związane z wprowadzeniem stanu wojennego. Na własne oczy widziałem jadące ulicami czołgi, które zmierzały do Huty „Katowice”. To była ogromna kawalkada, stałem i patrzyłem zafascynowany licząc ile ich jest, a pogubiłem się jak było ich 20. Patrzyłem na nie nie z lękiem i niepokojem, choć taką grozę wywoływały w moich rodzicach, ale z taką dziecięcą ciekawością, oto na żywo widzę prawdziwe czołgi. Nie wiedziałem, co to stan wojenny ale widziałem czołgi. Nie wiedziałem, że są groźne dla mnie i innych osób, ja widziałem czołgi, a przecież dla dziecka czołgi to okazja do zabawy w wojnę  a czy wojna jest zła, czy niesie jakieś problemy? Wtedy myślałem, że nie, że to zawsze jest tylko gra na niby. Ale ten obraz prześladował mnie bardzo długo, nim jego, skądinąd czytelne przesłanie wyjaśniło mi okoliczności związane z tym doświadczeniem. Podobne  traumy opisuje Witkowski, czyni to ze swoją charakterystyczną złośliwością i ironiczną nutą, i właściwym sobie dystansem, choć wie, że  nie zafałszuje prawdy, ale chce pokazać, że może mieć ona inny odbiór, inne spojrzenie, tym bardziej, że jej odbiorcą jest dziecko, niewinne w swym postrzeganiu świata i odbieraniu docierających do  niego bodźców. I ta prawda dziecka zmienia też ocenę zjawisk, choć tylko na poziomie ich opisu a nie całej ideologicznej niewidocznej otoczki, która dopiero poznana, jest właściwą osią oceny sporów toczących się o tamten czas i o tamte wydarzenia. Dla mnie ważniejszym jest przywołanie i przypomnienie tego, co się wtedy działo, oczyma dziecka, bo daje to szansę na głębszą refleksje i analizę z dzisiejszej perspektywy. To, z czym mamy do czynienia, choć pewnie tak często byśmy chcieli, nie jest niestety czarno białe, i nie da się jednoznacznie wszystkiego zaszufladkować i opisać, bo tak by nam było wygodnie. Pamięć to omylny przyjaciel. Ufajmy mu z ostrożnością.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Kenneth B. Andersen – Zły anioł

wielka-wojna-diablow-tom-4-zly-aniol-b-iext38813549

Czy piekielny świat jest odbiciem tego, co dzieje się na ziemi, czy to raczej, tłumacząc nasz świat usprawiedliwiamy się mówiąc, że przecież nic, co się u nas dzieje, nie byłoby możliwe gdyby wcześniej nie zaistniało w otchłani? A może jednak to my kreujemy rzeczywistość piekła, a diabeł, tylko niczym papuga, zgapia to, co wymyślił człowiek. Egzystencjalne pytania o zło w człowieku, i w ogóle o istnienie zła, na pewno nie zostanie rozstrzygnięte za naszego życia, a pewnie i po, bo któż z nas wie lub choćby trochę jest pewien czy to, co po, istnieje. To nie ogranicza nas jednak w różnego rodzaju domysłach i spekulacjach, bo i te są o wiele ciekawsze i bardziej twórcze. Zresztą, tak naprawdę, to dopiero dzisiaj, w XXI wieku, możliwe i dopuszczalne jest takie wątpienie i dyskusja, bo jeszcze sto lat temu za kwestionowanie piekła, nawet tylko w dyskursie akademickim, można było zostać wyklętym, ekskomunikowanym i wykluczonym ze społeczności wierzących. Dziś rozważania na temat jego istnienia  czy nie istnienia, zapełnienia go duszami ludzkimi lub panującej w nim pustki, są wręcz pożądane i traktowane jako objaw rozwoju myśli teologicznej, która zamknięta do tej pory w krużgankach postanowiła uwolnić się i wyfrunąć, wprawdzie tylko do wirydarza, ale zawsze to coś. I nie od razu ta refleksja musi nam pachnieć piekłem, dosłownie i w przenośni, bo warto wspomnieć, że w historii chrześcijaństwa za twierdzenia kwestionujace jego istnienie  sceptyków spotykała kara, jaka czekała, według ówczesnej teologii, każdego potępionego czyli wieczne męki w ognistym kotle, a  spalenie na stosie było tylko namiastką, przedsmakiem, w końcu zresztą czynionym dla dobra samego zainteresowanego, bo dające mu szanse, że odrzuciwszy grzeszny odwłok wyzwoli się i w chwili śmierci westchnie o miłosierdzie do Boga, i  zostanie mu ono zapewnione. Taki porządek cieszył, bo wszystko było jasne. Ale co się dzieje, gdy piekielna rzeczywistość wygląda inaczej? Filip przywyczaił nas już do tego, że najbardziej znane oczywistości są niepewne. Nie można też odmówić Autorowi, że zaprosił nas na rollercoaster, który mknie jak szalony i dostarcza nam wielu wrażeń, a pytanie, co z hamulcami wydaje się zawieszone w próżni, bo dynamika toczących się przed naszymi oczami zdarzeń ani na chwile nie daje nam szansy na zwolnienie. Jesteśmy nie tylko obserwatorami piekielnych zmagań w walce o władzę w piekle, czegóż innego moglibyśmy się spodziewać, w końcu jeśli ktoś raz się zbuntował i odrzucił zwierzchność, to wcześniej czy później i ci, którzy z nim poszli też prawdopodobnie to zrobią, bo to działa niczym koło, wydarzenia lubią się powtarzać, a tym bardziej w piekle, miejscu, które kreuje wszystkie złe zachowania. I w konsekwencji otrzymujemy przesłanie, że nawet Lucyfer, pierwszy buntownik i aktualny władca piekła, wcale nie jest pewien swojej pozycji i uzyskanej władzy, i to na jego własnym terenie zrodził się kolejny buntownik, tylko tym razem nie przeciw Bogu a przeciw niemu. Ta historycznie, w ludzkim wymiarze, uzasadniona konieczność jest potwierdzeniem powiedzenia, że nic nie trwa wiecznie, nawet piekło, co z jednej strony w kontekście przygód Filipa napawa nas radoscią, bo i chcąc nie chcąc kibicujemy mu w jego zmaganiach, a więc kibicujemy Lucyferowi jako reprezentantowi starego porządku piekielnego, a po drugie, i to jest bardziej optymistyczne dla nas ludzi przesłanie, że piekło też nie jest wieczne, nic nie jest wieczne, wszystko podlega zmianom i możemy odwrócić niewzruszone do tej pory wyroki boskie. Zresztą i Bóg, przez chwilę pojwiający się w tej opowieści,  wydaje się nad wyraz ludzki, mimo swej wszechpotężności. Może to okazja i właściwy czas na daleko idącą transformację pojęć i kryjących się pod nimi treści, które odsłonią, niejako na nowo odkryją, nam nowe oblicze życia pozagrobowego. Oczywiście, książka nie rości sobie takich pretensji, by być nowym traktatem,   interpretacją teologiczych prawd, ale trochę mimochodem, tak po drodze wprowadza sporo zamieszania w utarte koncepcje i schematy religijne, co akurat jest bardzo ciekawym elementem zachecającym do akademickich dyskusji i refleksji nad innym postrzeganiem prawd ostatecznych. Pikanterii całej opowieści dodaje fakt, że Filip sam dokonuje wyboru pozostania w piekle, by odnaleźć swą ulubioną koleżankę i przyjaciółkę, jego wybór jest świadomy i dobrowolny, i przyjmuje wszystkie związane z nim konsekwencje, zwłaszcza zewnętrzne atrybuty w postaci rogów czy ogona, ale w końcu, czy to tak naprawdę najważniejsze jak wygląda diabeł? Filip rozdarty pomiędzy piekło i ziemskie życie jest tylko metaforą każdego z nas dokonującego na co dzień takich wyborów. Może od teraz będą one miały jednak inny wymiar, kiedy w pamięci będziemy mieć ten nowy model piekielnej rzeczywistości. Może nas zaskoczą?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jean Genet – Dziennik złodzieja

41419_big

Świat widziany oczyma rasowego złodzieja wygląda całkiem inaczej niż z perspektywy uczciwego człowieka. Mrzonką są opowieści o obowiązującym złodziei kodeksie postępowania, a zwłaszcza do mitów należy zapisać zasadę, że prawdziwy złodziej nigdy nie okrada swoich najbliższych tylko obcych. Tego typu stwierdzenia mają charakter typowo apologetycznego opisu tego światka, gdzie wśród braku zasad można by było jednak znaleźć tak „szczytne” zasady jak wzajemny szacunek i lojalność tych, którzy parają się tego typu pracą. Trochę ten romantyczny obraz złodzieja wykreowały media. Oto złodziej to ktoś lepszego gatunku, człowiek skrzywdzony przez los, mocno doświadczony, który będąc jednak moralnym postanawia odegrać się, by wprost nie powiedzieć, zemścić się na tych, którzy zrobili mu krzywdę. I na tym skupia się często nasza uwaga. Warto przywołać w tym miejscu postać Kwinty z kultowego dyptyku Machulskiego „Vabank”, w którym bycie złodziejem to ceniony fach, a idealny złodziej jest człowiekiem honoru i wszelkich zasad, poza tą tylko, że zarabia na życie kradnąc. Żeby ten ideał nie został skażony podkreśla się, że tylko bogaczy i to złych, bo, co jak co, ale bogactwa u innych nie lubimy i wcale się nie będziemy rozczulać nad tym, że ktoś im coś z tego ich nadmiaru im skubnie, ba, będziemy się cieszyć, że to ich spotkało, bo się im należy z samego faktu, że są bogaci. Tym bardziej, że od razu włączamy szereg usprawiedliwień dla takiego postępowania, z główną tezą, że pewnie tego bogactwa dorobili się nieuczciwie, więc zasłużyli na to, co ich spotkało. Genet swoją karierę złodzieja zaczyna w tym samym czasie, w którym toczy się akcja „Vabanku”, skądinąd warto pamiętać, że film, który częściowo opiera się na prawdziwej opowieści o znanym warszawskim przestępcy złodzieju – kasiarzu, który swój niecny proceder uprawiał w Warszawie i długo udawało mu się grać na nosie organom ścigania. Jest pewien moment wspólny tych wydarzeń, a mianowicie młody Genet w ramach swych rozliczny podróży dociera na początku lat 30 do Polski i ląduje w więzieniu w Katowicach. To pewnie jedyny opis systemu więziennictwa z tamtych czasów z jakim mamy do czynienia od tej drugiej strony czyli z opisu samego przestępcy, który w nim ląduje. Ten fragment zasługuje na pewnie dalsze sprawdzenie, bo ciekawym jest czy w katowickim więzieniu zachował się w dokumentach jakikolwiek ślad po obecności więźnia Geneta, złodzieja –pisarza, który w swej rodzinnej Francji doczekał się wielu pamiątkowych tablic i wpisał się do kanonu cenionych literatów, którego wspomnienia i książki wydawane są na całym świecie budząc zainteresowanie publiczności i uznanie krytyków zafascynowanych tak bardzo wulgarnie prawdziwym uzewnętrznieniem przeżyć nie ukrywającego niczego człowieka, który nie tylko, że się nie wstydził tego, co robił, ale przez swe literackie osiągnięcia z jednej strony odmitologizował negatywnie złodziei, a z drugiej strony wyniósł na piedestał ich zachowania nadając im niespotykaną wcześniej emocjonalną i wyrafinowaną barwę, odsłaniającą skomplikowane doświadczenia i głębie uczuć jakich byśmy się nawet nie spodziewali. Inaczej mówiąc, choć zbyt może dosadnie, oto patrzymy na brudną kałużę, wiemy, że to jest brudna kałuża, ale zostaje ona opisana takimi słowami i tak zinterioryzowana, że nagle wydaje się nam najpiękniejszą kałużą o cudownym zapachu i barwie i takim bogactwie wnętrza, że chcemy się w nie zanurzyć a ona wciąga nas. Zapominamy, że to wszystko pozory i jesteśmy w szambie. To jednak Genetowi udaje się genialnie. Uczestnicząc w jego przygodach, i oglądając świat jego oczyma, widzimy go naprawdę inaczej, zostawiając na boku ocenę jak, warto raczej popatrzeć na ten element inności, bo tylko to, że jest to inne, może wzbudzić nasze zainteresowanie i pokazać jego specyficzną oryginalność, nieznaną nam a nawet wręcz nieprawdopodobną. Genet odsłania rzeczywistość istniejącą, wzbraniamy się przed jej akceptacją, bo wyrastamy z diametralnie różnych doświadczeń i systemów wartości. Tam nie ma żadnego kodeksu, zasad, norm. Liczy się własna korzyść i przyjemność, a wszelkie odstępstwa sugerujące istnienie koleżeństwa i zaufania są tylko próbą zatuszowania, że ten egoistyczny brutalny świat, często pochodzący z wyboru a nie z życiowej konieczności, nie ma w sobie nic urokliwego, i apoteozowanie go, to próba wybielania czegoś, co w istocie jest złe i zło rodzi. U Geneta ma to jeszcze podwójny wymiar. Jeden dotyczy działalności przestępczej, a drugi realizacji jego homoseksualnych pragnień. Takie zestawienie, choć przecież prawdziwe, bo mające faktycznie miejsce, upublicznione budzi niesmak i sprzeciw, nawet nie w sensie moralnym, ale w sensie czysto ludzkim, że to zatarcie wszelkich granic niszczy i degraduje człowieka, odczłowiecza go. A może właśnie, i to jest chyba przesłanie Geneta, pokazuje nam jacy naprawdę jesteśmy, i że to my wkładając na siebie różne maski oszukujemy, a on i jemu podobni są prawdziwi?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Tomasz Terlikowski – Grzechy Kościoła. Teraz w Polsce

grzechy-kosciola-b-iext18556017

Postać Autora jest dobrze znana w medialnym świecie a jego wyraziste poglądy już wiele razy wywoływały liczne komentarze i kontrowersje, choć, co uczciwie trzeba przyznać, są nad wyraz zgodne i jednoznaczne z nauczaniem Kościoła, z którym się w pełni utożsamia, i który jako osoba świecka, doktor filozofii, broni, mimo, że jego ortodoksja wzbudza sprzeciw nawet wśród hierarchów. Jest też postacią, która wzbudza fale hejtu na portalach internetowych właśnie za swoją nieprzejednaną i bezkompromisową postawę, co oczywiście u jednych wywołuje irytację, złość, a u innych szacunek i uznanie za takie świadectwo wiary. Gdyby więc za powyższy temat wziął się ktoś inny moglibyśmy doszukiwać się różnych intencji powstania książki o tak mocno krytycznie brzmiącym tytule, kiedy jednak jej Autorem jest człowiek, którego poglądy i postawę znamy i wiemy jak bardzo szczerze i autentycznie wierzy w to, co mówi, i tak też postępuje, warto się nad poniższą lekturą chwilę zastanowić. Nie pisze jej bowiem ani wróg Kościoła ani złośliwy krytyk, ale ktoś dla kogo wiara i Kościół to codzienna treść życia i jest w nim zanurzony głęboko. Chce nam pokazać, że obowiązkiem prawdziwie wierzącego katolika jest troska o Kościół i o to, co się w nim dzieje, bo każdy katolik jest integralną częścią Kościoła i to ma być jego Kościół, i jeśli zauważa rzeczy, które wymagają poprawy i zmiany, to ma o nich głośno mówić , nie zamiatać pod dywan i nie chować głowy w piasek. Jednocześnie na tym też polega dojrzała wiara, że nikt nie powinien oburzać się i udawać świętego, widząc, że coś złego dzieje się w Kościele, nawet jeśli dotyka to pasterzy Kościoła. Kościół jest żywą tkanką, to nie jest tak, że wszystko, co ma w nim miejsce jest tylko złe, byłoby to duże uproszczenie a przede wszystkim wielka niesprawiedliwość w takim zaprezentowaniu tego, czym on jest. Nie oznacza to, że mamy bezkrytycznie patrzeć na dziejące się w nim zło, bo ono jest wynikiem ludzkiego działania. To, do czego zachęca Autor to umiejętność właściwego i prawidłowego rozłożenia akcentów. Media goniące za sensacją bardzo szybko przestają troszczyć się o prezentacje problemu w całościowym ujęciu i często przyjmują określony punkt widzenia a nawet dopuszczają się manipulacji, by udowodnić tezę, która będzie im odpowiadała. W ten sposób skrzywdzono już wiele osób w imię dobra, zapominając, że wszelkie dogmatyczne zachowania są zawsze bardzo niebezpieczne i szkodliwe, i że porządek miłości zakłada miłosierdzie przed sprawiedliwością. I choć Autor jednoznacznie sytuuje się często po stronie tych, dla których czarne jest czarne a białe białe, to nie można mu odmówić, ze dążąc do takiej wyrazistości szuka prawdy a nie sensacji i waży racje, by jak najbardziej obiektywnie ocenić daną sytuację czy zjawisko. Nie staje się reprezentantem jednej ze stron, mimo, że z jedną się utożsamia, bo wie, że Kościół to ludzie, a ci często są grzeszni i błądzą i popełniają wiele wykroczeń, które nie znajdują żadnego usprawiedliwienia. Jednocześnie też wie, że łatwo jest wszystkich wrzucić do jednego worka i zaszufladkować, by obronić wygodną dla kogoś tezę próbującą całościowo dla jakichś ideologicznych celów ocenić czy podważyć wiarygodność Kościoła. To, co jest niewątpliwą zasługą Autora, to odważne i nie skrępowane podejście do wielu trudnych problemów i wyzwań w Kościele, o których sam Kościół mówi szeptem, w lęku by nie zwrócić na siebie uwagi a krytyczne media wyciągają na światło dzienne, traktując to jako okazje do ataku na wszystko, co z Kościołem jest związane. Naraża się więc i hierarchom i owym mediom, a jednak w imię prawdy i dobra chce pokazać jak jest naprawdę. Próbuje pokazać nam inne, nowe spojrzenie na Kościół, który musi przestać myśleć o sobie jako o twierdzy, którą wszyscy atakują kiedy piszą krytycznie, podczas gdy ta krytyka wypływa ze szczerej troski i serca, bo widząc zło nie można milczeć i przymykać na nie oko. Podjęte przez Autora zadanie ani w diagnozie ani w opisie grzesznych zjawisk Kościoła na pewno nie usatysfakcjonuje wszystkich, ale próbę trzeba docenić, bo książka napisana przez gorliwego i praktykującego katolika o grzechach Kościoła jest inaczej mimo wszystko odebrana niż gdyby jej autorem był dziennikarz TVN. A ta nowa jakość jest szansą na zmiany służące samemu Kościołowi a nie szukaniem taniej sensacji, i oto przede wszystkim Autorowi chodziło. W prawdzie i prawdziwie, dla dobra, a nie dla zysku i ukrytych celów, bo dzięki temu skorzystają na tym wszyscy.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Ogród sztuk. Maska – między rytuałem, teatrem i literaturą. Ogólnopolska konferencja w Gdańsku

13221078_890516244407640_702802169847298305_n 13221091_894616530664278_7147122099275675199_n 13226898_893626200763311_514602515589771876_n 13240759_894662120659719_2719242263092948459_n 13254248_894616777330920_7739523522068934470_n 13256372_894615637331034_6716431166900006988_n 13256439_894662363993028_4177778634313605198_n (1) 13267898_894662317326366_6385505634394019517_n 13267962_894662190659712_1394505652328481196_n

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj